Darmowe ebooki » Powieść » Wydrążona iglica - Maurice Leblanc (czytaj książki TXT) 📖

Czytasz książkę online - «Wydrążona iglica - Maurice Leblanc (czytaj książki TXT) 📖».   Wszystkie książki tego autora 👉 Maurice Leblanc



1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26
Idź do strony:
obliczeń odmierzył trzydzieści siedem metrów na szpagacie, zrobił węzeł i macając, szukał na murze tego dokładnie punktu, w którym węzeł zrobiony na trzydziestym siódmym metrze od okienka groty dotknął muru Fréfossé.

Po kilku chwilach ustalił ten punkt zetknięcia. Wolną ręką odgarnął nagromadzone liście. Wyrwał mu się okrzyk zdumienia i radości. Węzeł, który przytrzymywał końcem palca wskazującego, leżał na środku małego krzyżyka wyrzeźbionego wypukło w cegle!

A w dokumencie po liczbie 19 następował właśnie krzyżyk.

Musiał skupić całą siłę woli, żeby zapanować nad ogarniającym go wzruszeniem. Pospiesznie dotknął niespokojnymi palcami krzyża i nacisnąwszy mocno, obrócił go tak, jakby obracał promienie koła. Cegła poruszyła się. Podwoił swój wysiłek, ale krzyż się już nie ruszył. Wówczas, nie próbując go już obracać, nacisnął mocno. Cegła poddała się i naraz usłyszał skrzypnięcie jakby otwierającego się zamka i na prawo od cegły szeroki na metr kawał muru usunął się w głąb i odsłonił wejście do podziemia.

Beautrelet jak szalony chwycił żelazne drzwi, w które wprawione były cegły, przyciągnął je i zatrzasnął. Zdumienie, radość i strach, że go ktoś przyłapie, zmieniły jego twarz do poznania. Naszła go przygniatająca wizja tego wszystkiego, co się tu działo, przed tymi drzwiami, od dwudziestu wieków, wizja wszystkich tych ludzi, którzy wchodzili przez to wejście... Celtowie, Gallowie, Rzymianie, Normanowie, Anglicy, Francuzi, baronowie, książęta, królowie, a po nich wszystkich Arsène Lupin... a po Lupinie on, Beautrelet... Zdawało mu się, że postrada zmysły. Powieki mu drgały. Upadł wyczerpany i potoczył się na dół, na samą krawędź przepaści...

 

Jego zadanie było skończone, a przynajmniej ta część zadania, którą mógł wypełnić sam, opierając się na własnych siłach.

Wieczorem napisał do dyrektora policji długi list, w którym wiernie opisał wyniki swych badań i wyjawił tajemnicę Wydrążonej Iglicy. Prosił o pomoc w dokończeniu dzieła i podał swój adres.

Wyczekując odpowiedzi, spędził dwie następne noce w Pokoju Panieńskim. Spędził je pełen strachu, szmery nocy przerażały go. Co chwila zdawało się mu, że zbliżają się do niego jakieś cienie. Wiedziano o jego obecności w grocie... idą go zadusić...

Mimo to z rozpaczliwym wysiłkiem woli uparcie wpatrywał się w ścianę.

Pierwszej nocy nic się nie poruszyło, ale następnej przy świetle gwiazd i nikłego księżyca w nowiu zobaczył, jak drzwi się otwarły i jakieś sylwetki wyłoniły się z ciemności. Naliczył ich pięć...

Zdawało się mu, że ci ludzie nieśli jakieś duże przedmioty. Poszli wprost na przełaj przez pola do drogi prowadzącej do Hawru; usłyszał hałas oddalającego się automobilu.

Szedł za nimi, lecz potem wrócił, obszedł duże gospodarstwo i na zakręcie drogi zaledwie miał czas, żeby wdrapać się na skarpę i schować za drzewami. Przeszło jeszcze pięciu ludzi, wszyscy nieśli pakunki. A po dwóch minutach odjechał drugi automobil.

Tym razem nie miał już siły wrócić na swoje stanowisko i poszedł spać do hotelu.

Kiedy się obudził, chłopak hotelowy przyniósł mu list. Otworzył go. Była to wizytówka Ganimarda.

— Nareszcie! — zawołał Beautrelet, który po tak twardej walce zaczął istotnie odczuwać potrzebę pomocy.

Poskoczył z wyciągniętymi rękoma do Ganimarda. Ganimard ujął jego dłonie, patrzył na niego przez chwilę i rzekł:

— Spryciarz z pana nie lada, młody człowieku!

— Ba — odpowiedział Izydor — pomógł mi przypadek.

— Z nim nie ma przypadków — orzekł inspektor, który mówił zawsze o Lupinie z powagą, nie wymieniając jego nazwiska.

Usiadł.

— A zatem mamy go?

— Tak jak go miano już przeszło dwadzieścia razy — rzekł, śmiejąc się, Beautrelet.

— Tak, lecz dzisiaj...

— Istotnie, dzisiaj sprawa wygląda całkiem inaczej. Znamy jego kryjówkę, jego fortecę, to, co sprawia, że Lupin jest Lupinem. On może się wymknąć, ale nie Iglica Etretat.

— Dlaczego pan przypuszcza, że może się wymknąć? — zapytał zaniepokojony Ganimard.

— Dlaczego pan przypuszcza, że potrzebuje się wymykać? — odparł Beautrelet. — Nie ma żadnego dowodu na to, że jest teraz w Iglicy. Tej nocy wyszło dziesięciu jego wspólników. Mógł być wśród nich.

Ganimard zamyślił się.

— Ma pan rację. Grunt to Wydrążona Iglica. Co do reszty miejmy nadzieję, że los nam po może. A teraz porozmawiajmy.

No nowo przybrał swój urzędowy wyraz i powiedział poważnym tonem:

— Drogi panie Beautrelet, kazano mi polecić panu, żeby pan całą tę sprawę zachował w jak największej tajemnicy.

— Rozkaz od kogo? — zapytał żartobliwie Beautrelet. — Od prefekta policji?

— Wyżej.

— Prezesa Rady Ministrów?

— Wyżej.

— Tam do licha!

Ganimard rzekł przyciszonym głosem:

— Beautrelet, przybywam z Pałacu Elizejskiego60. Tę sprawę uważają za najwyższej wagi tajemnicę państwową. Istnieją poważne powody, żeby zachować w tajemnicy tę niewidzialną cytadelę... zwłaszcza ze względów strategicznych... Może ona się stać centrum zaopatrzenia, magazynem nowych prochów, świeżo wynalezionych pocisków, czy czegoś w tym rodzaju; po prostu tajnym arsenałem Francji.

— Ale jakże tam spodziewają się ustrzec taką tajemnicę? Niegdyś posiadał ją jeden człowiek, król. Dziś zna ją już kilkunastu z nas, nie licząc bandy Lupina.

— Ech! Żeby tylko zyskać dziesięć lat, choćby pięć lat milczenia!.. Tych pięć lat może stanowić... zbawienie.

— Ależ żeby opanować tę cytadelę, ten przyszły arsenał, trzeba go zaatakować, trzeba z niego wykurzyć Lupina. A tego wszystkiego nie da się zrobić bez hałasu.

— Oczywiście, będą się czegoś domyślali, ale nie będą wiedzieli. A zresztą cóż, spróbujmy.

— Zgoda. Jaki jest pański plan?

— W kilku słowach taki. Najpierw pan nie jest wcale Izydorem Beautreletem i tak samo nie chodzi wcale o Arsène’a Lupin. Jest pan i zostanie ulicznikiem z Etretat, który włócząc się, wypatrzył ludzi wychodzących z podziemi. Przypuszcza pan, że istnieją schody, które przecinają urwisko wybrzeża z góry na dół, czy tak?

— Tak, i jest więcej tych schodów wzdłuż wybrzeża. Na przykład powiedziano mi, że na prawo od Etretat, naprzeciw Benouville, znajdują się Schody Diabła, znane wszystkim kąpiącym się. A nie wspomnę już o kilku tunelach przeznaczonych dla rybaków.

— Zatem połowa moich ludzi pójdzie ze mną pod pańskim przewodnictwem. Wejdę sam lub w towarzystwie, to zobaczymy. W każdym razie atakujemy tędy. Jeśli Lupina nie będzie w Iglicy, zastawimy pułapkę, w którą tego czy owego dnia wpadnie. A jeśli jest...

— Jeśli jest, panie Ganimard, to umknie z Iglicy od tylnej strony, wychodzącej na morze.

— W takim razie zaaresztuje go zaraz druga połowa mych ludzi.

— Tak, lecz jeśli pan, jak przypuszczam, wybierze chwilę, w której morze opada, zostawiając odsłoniętą podstawę Iglicy, polowanie będzie publiczne, bo wobec całej zgrai rybaków i rybaczek, zbierających małże i krewetki na sąsiednich skałach.

— Właśnie dlatego wybiorę chwilę, w której morze będzie pełne.

— W takim razie on umknie barką.

— A ponieważ będę tam miał cały tuzin barek rybackich, z których każdą będzie prowadził jeden z mych ludzi, przyłapiemy go.

— Jeśli nie przemknie się pomiędzy pańskimi dwunastoma barkami jak ryba między sieciami.

— No dobrze. W takim razie zatopię go.

— Do kroćset! Więc będzie pan miał armaty?

— Ależ tak. Jest teraz w Hawrze torpedowiec. Na mój telegram znajdzie się o wyznaczonej godzinie w pobliżu Iglicy.

— To dopiero Lupin będzie dumny! Torpedowiec!... Ale widzę, pan wszystko przewidział. Pozostaje tylko wyruszyć. Kiedy przypuszczamy szturm?

— Jutro.

— W nocy?

— W biały dzień, podczas przypływu, punktualnie o dziesiątej.

— Doskonale.

Pod pozorami wesołości Beautrelet ukrywał prawdziwy lęk. Nie spał aż do rana, układając jeden po drugim najdziwaczniejsze plany.

Ganimard rozstał się z nim i udał się do Yport, oddalonego o jakieś dziesięć kilometrów od Etretat, gdyż tam z ostrożności wyznaczył spotkanie swym ludziom i tam wynajął dwanaście barek rybackich, niby dla sondowania wzdłuż brzegów.

 

Za kwadrans dziesiąta w towarzystwie dwunastu krzepkich ludzi spotkał się z Izydorem na dole ścieżki prowadzącej na klif.

Punktualnie o dziesiątej przybyli pod ścianę. Nadeszła decydująca chwila.

— Co ci jest, Beautrelet? Zzieleniałeś — zakpił Ganimard, mówiąc do niego żartobliwie „ty”.

— A ty, panie Ganimard, sam siebie nie widzisz, a myślałby kto, że to nadeszła twoja ostatnia godzina.

Musieli usiąść i Ganimard wypił kilka łyków rumu.

— To nie strach — rzekł — ale jednak, psiakrew, co za emocje! Każdym razem, kiedy go mam przyłapać, coś mnie ściska w środku. Może odrobinę rumu?

— Dziękuję.

— A jeśli pan ustanie w drodze?

— Chyba nieżywy.

— Do licha. Zresztą zobaczymy. A teraz proszę otworzyć. Nie trzeba się obawiać, że nas spostrzegą, co?

— Nie. Iglica jest niższa od brzegów, a zresztą znajdujemy się w zagłębieniu.

Beautrelet zbliżył się do muru i nacisnął cegłę. Dało się słyszeć skrzypnięcie i ukazało się wejście do podziemia.

Przy świetle latarni, którą zapalili, spostrzegli, że podziemie było sklepione i że sklepienie, tak samo jak posadzka, było wyłożone cegłami.

Szli kilka sekund i naraz ukazały się schody.

Beautrelet naliczył czterdzieści pięć stopni, ceglanych stopni wyżłobionych pośrodku od powolnego, długiego działania kroków ludzkich.

— Psiakrr... — zaklął Ganimard, idący na czele, przystanąwszy nagle, jakby się na coś natknął.

— Co tam?

— Drzwi.

— Do kroćset — mruknął Beautrelet — i to niełatwe do rozbicia. Po prostu blok żelaza.

— Utknęliśmy — rzekł Ganimard. — Nawet nie ma w nich zamka.

— Właśnie. Ale to właśnie budzi we mnie nadzieję.

— Dlaczegóż to?

-– Drzwi są po to, żeby się otwierały, a jeśli w nich nie ma zamka, to znaczy, że istnieje jakiś tajemny sposób.

— A ponieważ my go nie znamy...

— Zaraz go poznam.

— Jak?

— Za pomocą dokumentu. Czwarty wiersz ma za zadanie rozwiązywać trudności, w miarę jak się nastręczają. A rozwiązanie jest stosunkowo łatwe, gdyż wiersz jest wypisany nie po to, żeby szukających mylić, lecz żeby im pomagać.

— Stosunkowo łatwe! Nie zgadzam się z panem — zawołał Ganimard, który rozpostarł dokument. — Liczba czterdzieści cztery i trójkąt z kropką z lewej strony są raczej niejasne.

— Ależ nie, ależ nie. Niech pan zbada drzwi. Zobacz pan, że są wzmocnione na wszystkich czterech rogach żelaznymi płytami w kształcie trójkątów i że płyty są przymocowane dużymi gwoździami. Niech pan sięgnie do płyty z lewej strony na dole i naciśnie gwóźdź, który jest w narożniku... Szanse dziewięć do jednego, że trafimy dobrze.

— Utknął pan na dziesiątce — rzekł Ganimard po nieudanej próbie.

— Zatem to znaczy, że liczba czterdzieści cztery...

Cichym głosem, zastanawiając się, Beautrelet kontynuował:

— Zobaczmy... Ganimard i ja znajdujemy się na ostatnim stopniu schodów... Jest ich czterdzieści pięć... Czemu czterdzieści pięć, skoro dokument podaje liczbę czterdzieści cztery?... Pomyłka? Nie... w całej tej sprawie nie było żadnych pomyłek, przynajmniej mimowolnych. Panie Ganimard, proszę z łaski swojej wrócić o jeden stopień wstecz. A teraz ja nacisnę żelazny gwóźdź... I drzwi ustąpią... Albo zupełnie nie pojmuję...

Ciężkie drzwi obróciły się na zawiasach. Ukazała się im dość obszerna jaskinia.

— Musimy znajdować się pod samym fortem Fréfossé — powiedział Beautrelet. — Przeszliśmy przez pokłady ziemi. Skończyła się cegła. Jesteśmy w środku litego wapienia.

Sala była słabo oświetlona promieniami światła, dochodzącymi z drugiego końca. Zbliżywszy się, spostrzegli, że to była szczelina w urwisku, zrobiona w występie ściany i tworząca rodzaj obserwatorium. Przed nimi, pięćdziesiąt metrów dalej, wznosił się z wody potężny blok Iglicy. Po prawej, bardzo blisko, znajdował się łuk Bramy Aval, a z lewej, bardzo daleko, zamykał harmonijne zagięcie zatoki drugi łuk, jeszcze wspanialszy, odcinający się od brzegu, zwany Manneporte (magna porta61), tak wielki, że przepłynąłby pod nim statek z postawionymi masztami i rozwiniętymi żaglami. Dalej wszędzie morze.

— Nie widzę żadnej flotylli — powiedział Beautrelet.

— Nie da się — odparł Ganimard. — Brama Aval zasłania nam całe wybrzeże Etretat i Yport. Ale niech no pan zobaczy, tam daleko, na pełnym morzu, ta czarna linia na wodzie...

— No?...

— To nasza flota wojenna, torpedowiec numer dwadzieścia pięć. Teraz Lupin może uciekać... jeśli chce poznać podmorskie krajobrazy.

Poręcz wskazywała początek schodów, tuż obok szczeliny. Weszli na nie. Od czasu do czasu zjawiało się w ścianie małe okienko i za każdym razem ukazywała się im Iglica, wyglądająca coraz to potężniej.

Tuż przed osiągnięciem poziomu wody okienka zniknęły.

Izydor głośno liczył stopnie. Na trzysta pięćdziesiątym ósmym musiał przystanąć: natknęli się na szerszy korytarz, również zamknięty żelaznymi drzwiami, które były wzmocnione żelaznymi płytami i gwoździami.

— Już to znamy — powiedział Beautrelet. — Dokument podaje nam liczbę trzysta pięćdziesiąt siedem i trójkąt z kropką po prawej. Powtórzmy operację.

Drugie drzwi poddały się podobnie jak pierwsze. Ukazał się długi tunel, oświetlony silnymi lampami zawieszonymi w równych odstępach na sklepieniu. Ściany były mokre, a krople wody spadały na ziemię, tak że dla ułatwienia przejścia z jednego końca na drugi położono chodnik z desek.

— Wchodzimy pod morze — rzekł Beautrelet. — Idzie pan, panie Ganimard?

Inspektor nie odpowiedział, wszedł do tunelu i poszedł po drewnianym chodniku. Przy pierwszej latarni zatrzymał się, przyjrzał się jej i zauważył:

— Całe wnętrze pochodzi może ze średniowiecza, ale oświetlenie jest zupełnie nowożytne. Ci panowie świecą sobie lampami żarowymi.

Ruszył dalej. Tunel dochodził do drugiej groty, o wiele większej, w której po przeciwnej stronie widać było pierwsze stopnie schodów prowadzących w górę.

— Tu zaczyna się droga w górę Iglicy — powiedział Ganimard. — Sprawa zaczyna być poważniejsza.

Lecz jeden z jego ludzi zawołał:

— Panie inspektorze, tu na lewo są drugie schody.

A zaraz potem odkryli trzecie, z prawej strony.

— Do licha — mruknął inspektor — sytuacja zaczyna się komplikować. Jeśli my pójdziemy tędy,

1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26
Idź do strony:

Darmowe książki «Wydrążona iglica - Maurice Leblanc (czytaj książki TXT) 📖» - biblioteka internetowa online dla Ciebie

Uwagi (0)

Nie ma jeszcze komentarzy. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz