Darmowe ebooki » Powieść » Chleb rzucony umarłym - Bogdan Wojdowski (biblioteka naukowa online .txt) 📖

Czytasz książkę online - «Chleb rzucony umarłym - Bogdan Wojdowski (biblioteka naukowa online .txt) 📖».   Wszystkie książki tego autora 👉 Bogdan Wojdowski



1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 58
Idź do strony:
jadą... Samochody!

— Nareszcie!

— Uff.

— Aron, Aron!

— Ładna historia, a gdzie masz drugą skarpetkę, Heniuś? I jak ty teraz wyglądasz?

— Aron?

— Ja jestem niewinny, panie posterunkowy, zasymilowany, półkrwi Aryjczyk w trzecim pokoleniu! Za co mnie?

— Masz z sobą parasol, Aron? A jak spadnie deszcz? Znowu złapiesz anginę i ja będę musiała koło ciebie skakać, a jak ty jesteś chory, to wiadomo, że ja jestem temu winna.

Krwi! Tego łaknie historia. Szczęście w samozatracie, zwycięstwo w walce. I tylko oni, oni mogli to pojąć jasno, bez skrupułów i przeniewierstwa idei. Pierwszym bowiem powołaniem germańskiego plemienia jest walczyć. Drugim powołaniem jest walczyć dalej. Und so weiter309. Zwraca się teraz Sturmbannführer Höfle do nich, do Żydów, z zapytaniem, czy ramię niemieckiego bohatera ma prawo osłabnąć, omdleć choćby na chwilę? Otóż nie ma. Musi podjąć dzieło i doprowadzić do końca. Po Żydach przyjdzie kolej na Słowian. Und so weiter. Wszystko jasne i żadnych wahań być nie może. Eine Erde, ein Gedanke, ein Gott310. Jedna jest ziemia, jedna myśl na niej i jeden tylko Bóg patrzy z góry na czyny Führera.

— Schnell, Hund311!

— Mame, mame...

— Pognaj ich szybciej. Widzisz, że Niemiaszki się już denerwują i zaraz będzie niewąska chryja.

— Żydzi, kto to strzela?

— Gdzie, gdzie? Gdzie ty się pchasz tutaj z tym rowerem? Podarł mi ubranie, cymbał!

— Każ szoferowi zajechać bliżej. Tu, tu! Za rogiem straszny młyn i szarpanina.

— Nóżki mnie bolą. Ja dalej nie pójdę i ty zostawiłaś tatkę chorego. Teraz sam leży w łóżku i kto mu poda herbaty? Wracajmy do domu, tam przecież spokojnie.

— Rybeńko złota, chodź. Chodź, tak trzeba.

— Ratunku, bo mnie tratują!

— Nie podchodzić do bram. Podaj dalej. Iść środkiem.

— Czy pan nie mógłby przestać mi deptać po piętach, panie szanowny? Bo... jak zamaluję, to rodzona matula nie pozna.

— Posterunkowy, gdzie posterunkowy? Tutaj jakaś staruszka zasłabła, leży w przejściu i zagradza drogę.

— Pilnuj, żeby nie pryskali do bramy przed rogiem, bo żandarmi urządzą jatki. Stań tu. Tu będziesz widział.

— Ty tam, szanuj się trochę i nie drzyj pyska, jak idziesz za pogrzebem własnego tatusia, z płaczkami i orkiestrą.

— Bagaże, moje bagaże! Ludzie, nie mogę niczego zostawić, bo to cały mój majątek.

— Zostaw pani majątek, a ocalisz życie.

— Boże, co się tutaj wyrabia?

— Nie zatrzymywać się, nie robić sztucznego tłoku. Dalej jazda!

— Zabierz tę walizkę. Dziecko przez ciebie wcale przejść tędy nie może.

Żyd nie ma myśleć. Dosyć krętactwa, handlu, mędrkowania. Żyd ma wziąć łopatę do ręki i w pocie czoła pokutować za grzechy. Wtedy zbędne myśli wyfruną mu z głowy. Höfle mówi dosyć. Żadnych takich, świnie. Dosyć, świnie. Ży-y-y-ydom wara od tego, co do nich nie należy. Wszystko jasne? Jasne i wątpliwości być nie może. Mają pamiętać: Arbeit macht frei. Odżydzić ludzkość. Takie oto zadanie postawił Führer zahartowanym szeregom National-Partei. I od tego nie odstąpią, ani na krok. Niech świat mówi sobie, co chce. A w końcu i tak im przyzna rację. Im, bojownikom wielkiej idei. Za długo Żyd depcze ziemię, którą przeznaczono innej rasie. Strzec przyszłości, czystej i jasnej przyszłości zdrowych narodów, jak źrenicy oka!

— Mamo, ja chcę siusiu.

— Po co ten pośpiech? Czy oni oszaleli? Ja mogę zaczekać na jutrzejszy transport.

— Skarbie, jeszcze troszkę.

— Niech pan zamknie ten parasol, bo mi pan oko wykłuje! Już nie miał co zabrać w drogę. Też coś!

— Ostrożnie, podaj do tyłu... dziura w bruku. Ostrożnie.

— No, a teraz zapnij sobie rozporek.

— Odczep się pan od mojego parasola i mnie daj święty spokój. Czy nie widzi pan, że mży i zaraz zacznie znowu padać?

— Panie posterunkowy, zupełnie nie rozumiem, jak można z taką gorączką wypędzić człowieka w podeszłym wieku na ulicę. Nat, weź pod pachę termometr i zmierz temperaturę, bo pan musi się sam na własne oczy przekonać.

— To jest wychowanie? Pani synek zmoczył mi cały koszyk? Tfu, ordynarne i po prostu w głowie się nie mieści.

— Nie mam teraz głowy do tego. Spytaj mamy lepiej, gdzie schowała nóż.

— Człowieku, a co mnie do tego? Stuknij się w głowę. Co mnie twoja gorączka obchodzi?

— Ja nie mogę iść dalej, bo złamałem nogę.

— To spróbuj pan inaczej opróżnić dziecku pęcherz w takim ścisku i nie opryskać ludzi!

— Eliasz, chodź bliżej, bo cię tracę z oczu.

— Nieważne.

— Ratunku, bo mnie tratują!

— Zamknij mu mordę. Ty tam, stoisz bliżej.

— Oj, moja noga, oj-oj!

— Ale jak? Drze się cholera... Żandarma, żandarma tutaj wołać, niech go kropnie312.

— Ruben, jeszcze zanim włożyłeś żółtą opaskę, miałem takie dziwne przekonanie, że w twojej skórze chodzi po świecie wesz. A teraz sam wołaj żandarma, skurwielu!

— Pierożki zostały w piecyku, przecież mówiłam ci tyle razy. Z tego całego bałaganu zupełnie straciłam głowę.

— Uważać, Żydzi. Tu leży Żyd ze złamaną nogą.

— Daleko zaszedł.

— Pali się! Pali się mydlarnia Mani! Kto podpalił mydlarnię w taki dzień? Tam jest nafta... nie daj Boże, z dymem pójdzie cały kwartał.

— Tylko bez głupich dowcipów, młody człowieku. W takiej chwili.

— Koń by się uśmiał.

— Co on powiedział?

Höfle biadał nad światem. Chora jest kultura, kiedy podstępem wkradają się do niej Żydzi. Ułomne społeczeństwo, w którym uwijają się Żydzi. I mącą. Nieszczęsne, nieszczęsne i słabe państwo podkopywane przez żydowską zdradę i spryt. Handel, nauka, praca, kultura — und so weiter313 — niszczeją z winy żydostwa. Jak chwast; dziki chwast, rośnie sobie Judentum314 na koszt łanu dorodnego zboża. Jak chwast, bezpłodny chwast, ssie soki z urodzajnej ziemi. Pora wyplewić pola. Czas najwyższy wypalić chwasty z korzeniem. Oto wybiła godzina, aby użyźnić niwy urodzajnego gruntu. Es lebe Tod315!

— Że co?

— Ordynus, przy dzieciach takie rzeczy mówić.

— Spokój tam, parchy. Bez rozmów, bez krzyków.

— Szanowna pani, zaręczam szanownej pani, że to jest publiczne miejsce, a w publicznym miejscu powinna szanowna pani wiedzieć, że wolno jest mówić, co się komu żywnie podoba. O!

— Niech mi pan głowy nie zawraca! W takiej chwili.

— O żeż ty, damulko z Pociejowa, bo jak gwizdnę w kapelusz.

— Słyszałeś, Karol?

— Panie posterunkowy, proszę usunąć tę... tę bandę. W takim towarzystwie ja nie myślę podróżować. Jestem urzędnikiem państwowym na emeryturze, papiery mam w porządku i w razie czego potrafię znaleźć sobie świadków.

— Niech pan wobec tego złoży pisemne zażalenie. Podanie, metryka, dokładny życiorys i znaczków stemplowych za trzy pięćdziesiąt.

— Skandal, żeby policjant państwowy tak się wyrażał na służbie do obywatela.

— Coś ty powiedział, parchu?!

— Uważaj na ogon, tam z tyłu pryskają.

Żyd musi pamiętać, gdzie jego miejsce. Ale... Höfle uczynił wymowną pauzę. Dopiero wówczas nastąpi należyty ład, kiedy miejsce Żyda będzie pod ziemią. Każdego! Kiedy Żyd wyciąga brudną łapę na wschód i na zachód, miażdżąc w swym uścisku kulę ziemską, w tej historycznej chwili trzeba radykalnie i raz na zawsze uciąć — uciąć zbrodniczą łapę wraz z nożem, który w niej tkwi. Runie przemoc. Ofiara otworzy oczy. Ślad po żydostwie zostanie wypalony ogniem.

Nie ma miejsca dla pasożytów przy tym wielkim stole, za którym zasiada ucztująca ludzkość. Nie ma i nie będzie. Ein Tisch, ein Brot, ein Herr316.

— Zupełnie nie wiem, co się w takiej sytuacji robi. Jestem bezsilny, moje dziecko.

— Tędy, tędy. Równaj krok, nie wyprzedzaj!

— No wiesz, kapitalny brak piątej klepki. Jak mogłeś zapomnieć o ciepłych swetrach?

— Dobij, dobij do czoła! Raz-raz.

— Daj mi spokój, już ci przecież powiedziałem, że nas dopędzą w porę.

— Halo, halo. Kaleb z żoną idą za wami!

— Co? My zaczekamy na was przy rogu!

— O moich proszkach też zapomniałaś?

— Trzymaj się mnie. Trzymaj się mnie, bo zbłądzisz i sam nie trafisz na miejsce.

— Każdy się martwi o siebie.

— Ludzie, nie zatrzymywać się na skrzyżowaniu, bo żandarmi wystrzelają pół ulicy.

— Niech spróbują. Niech tylko spróbują.

— Dołóż temu tętniakowi bananem, bo tutaj zaraz będzie cholerna chryja. Przecież widzisz, że Niemiaszki robią w portki i gotowi są kropić z automatów na całego.

— Żydzi, stawiajcie opór. Nie dajcie się pędzić do wagonu jak bydło. Żydzi, Żydzi...

— Do bramy z nim i pod obcas, ale już!

— Żydzi, oni was pędzą do... Aaa... Bandyci, bandyci!

— Boże, zostawiłam całkiem nowe pończochy na komodzie. I co teraz będzie?

— Ty klępo, nie zastawiaj zadem przejścia!

— Aron, Aron, zamknij już ten cały parasol.

— Panie żandarm, kochany, chwileczka. Ja mam już legalnie wykupiony certyfikat na wyjazd do Palestyny, to po co mam jechać z wami?

— Nie czepiaj się, parchu. Won, zostaw żandarma w spokoju, jak chcesz uratować głowę na pięć minut, a swoim certyfikatem podetrzyj sobie wiesz co!

Oto słowa Führera. Przeciwko historii głosić prawo obalenia historii. Biblia, jak wiadomo, jest starym żydowskim kłamstwem. Ono zaprowadziło kulturę na manowce. Odtąd NSDAP stanie się najwyższym trybunałem, sędzią całej ludzkości. To oni, tylko oni odmłodzić mogą świat. Człowiek niech będzie Bogiem dla człowieka! Oto słowa Führera. Chwała mu!

— Rolf, Ruhe317!

Wielki podpalany owczarek alzacki szczekał na tłum i zagłuszał słowa Sturmbannführera. Höfle ciągnął dalej:

— A wtedy ludzkość odetchnie, uwolniona wreszcie i radosna.

Dwóch drabów w mundurach SS widać było za jego plecami, ilekroć wychylał się nisko za parapet i tak wychylony przemawiał do przechodzących. A pies Sturmbannführera opierał łapy na oknie i z nastawionymi sztywno uszami dyszał wywaliwszy siny jęzor z pyska.

— Kto tam płacze, to ty, Różyczko? Nie trzeba, nie.

— Który tam znów? Z czym, z czym! Wracaj do szeregu, ale już! Choćbyś miał nawet szlachecki rodowód do trzeciego pokolenia wstecz z mitrą książęcą i z pięcioma pałkami w herbie i prababkę czystej krwi aryjskiej!

— Samek, weź ode mnie dziecko na chwilę. Ja rąk wcale nie czuję.

— Gdzie się pchasz, nie widzisz? Bo cię poślę na łono Abrahama po przaśne placki i owsiane piwo. Stać, stać! Powariowali ze strachu. Obstaw róg i uważaj na bramę. Szybko!

— Auf die Seite, weg, weg! Rechts halten, rechts halten318.

— Nie zawracajcie mi głowy, dzisiaj sobota, a w sobotę ja żadnej łapówki nie wezmę. Taką mam zasadę. Wykluczone, szlus! A kolekcja motyli u mnie taka, że dwie walizki pękają, a trzecia się nie domyka.

— Szmulek, wyciągnij termos z plecaka. Mała kaprysi i musi się napić herbatki.

— Schnell, Leute319. Prenko, prenko. Dhoga jez duga i mi ne mami czas.

— Co, jeszcze tutaj? Ile razy mówiłem, że masz zjeżdżać na tamten chodnik, łachudro. Już, już, nie oglądaj się za siebie.

— Panie posterunkowy, tam. Na trzecim piętrze, tam, tam. Dziecko siedzi w otwartym oknie, samiuteńkie, nogi spuściło z parapetu i zaraz zleci. Niech pan coś poradzi, złociutki.

— A co ja mogę? Ja nic nie mogę!

— Niech pan je stamtąd ściągnie.

— Żydzie, puknij się w głowę. Nie mam czasu. Mnie kazali stać na tym rogu i pilnować. Macie iść środkiem, nie szwendać się, nie uciekać do bram i trafić na plac przeładunkowy. Zrozumiano? O! Proszę raz na zawsze zapamiętać, nazywam się Alojzy Mycka, policjant państwowy bez rangi. Płaczę nad wami i nad sobą i nie mam z tym nic wspólnego.

— Aron!

— Nie puszczaj łebków. Przejdziemy najpierw Chłodną. Tam chociaż mają się gdzie kryć.

— Kto mówi, że ja puszczam? Ja tylko biorę forsę! Hans prowadzi do sieni i tam ich wykańcza.

— Żołnierzyku, pomocy! Każą mi na stare lata wlec się nie wiadomo gdzie. A ja mam osiemdziesiąt lat na karku i ani roku mniej.

— Szybciej, ludzie. Droga jest długa i my nie mamy czasu.

Sturmbannführer Höfle skończył przemówienie, wsiadł do samochodu i odjechał, a w wąwóz ulicy runął tłum i szedł — i szedł bez końca od dziewiątej rano do późnej nocy. Po południu wśród ścian wyludnionych kamienic rozległ się niesamowity śmiech policji.

— Draka, panowie! Krwaworączka prowadzi chałaciarzy z Ciepłej. Zaraz będzie uroczyste nabożeństwo.

— Który ich nakrył?

— Wściekły Pies! Urządzili sobie chałaciarze kryjówkę w bóżnicy u Icka. Dwa dni i dwie noce modlili się do upadłego.

— Oho, postój tu za mnie. Niech ja sobie raz w życiu popatrzę.

Pędzili ich Żelazną wzdłuż muru do wachy. Grupkami gromadzili się policjanci na trasie, wyciągali szyje, a jakiś żandarm stał z papierosem na balkonie i stamtąd oglądał procesję. Na przedzie reb Icchok, twarz podawszy do przodu, jakby nadsłuchiwał czegoś z trudem, szedł nie odrywając stóp od ziemi, cały w czerni. Miał na sobie sobotni chałat i miękkie kamasze. Szurał kamaszami, pociągał za sobą nogami. Usta poruszały się lekko i coś bezustannie szeptały. Słychać było śmiechy. Niemiec wyszedł z bramy, w dwóch palcach trzymając daleko od siebie, z obrzydzeniem, wielki tałes. Krzyknął i rzucił ten tałes starcowi w twarz. Reb Icchok chwycił szatę i szedł dalej, a szata wlokła się po ziemi. Później inny cisnął modlitewnik, który uderzył go w plecy i upadł.

— Halt320!

Zatrzymali się i Krwaworączka szedł między nimi

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 58
Idź do strony:

Darmowe książki «Chleb rzucony umarłym - Bogdan Wojdowski (biblioteka naukowa online .txt) 📖» - biblioteka internetowa online dla Ciebie

Uwagi (0)

Nie ma jeszcze komentarzy. Możesz być pierwszy!
Dodaj komentarz